avatar

Maniek1981 Trzemeszno








I n f o r m a c j e :
Przejechane kilometry: 101080.84 km
Km w terenie: 12730.30 km (12.59%)
Czas na rowerze: 164d 11h 40m
Średnia prędkość: 25.59 km/h
===>>> Więcej o mnie <<<===





2025
button stats bikestats.pl

2024
button stats bikestats.pl

2023
button stats bikestats.pl

2022
button stats bikestats.pl

2021
button stats bikestats.pl

2020
button stats bikestats.pl

2019
button stats bikestats.pl

2018
button stats bikestats.pl

2017
button stats bikestats.pl

2016
button stats bikestats.pl

2015
button stats bikestats.pl

2014
button stats bikestats.pl

Odwiedzone gminy


Strava



Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy maniek1981.bikestats.pl



Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

Ciekawe wyprawy

Dystans całkowity:10124.03 km (w terenie 1265.00 km; 12.50%)
Czas w ruchu:443:14
Średnia prędkość:22.84 km/h
Maksymalna prędkość:100.07 km/h
Suma podjazdów:61504 m
Maks. tętno maksymalne:183 (97 %)
Maks. tętno średnie:145 (77 %)
Suma kalorii:322379 kcal
Liczba aktywności:86
Średnio na aktywność:117.72 km i 5h 09m
Więcej statystyk
  • DST 113.89km
  • Teren 1.00km
  • Czas 04:30
  • VAVG 25.31km/h
  • VMAX 41.85km/h
  • Kalorie 4373kcal
  • Podjazdy 301m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze

O obrotach kół rowerowych i piernikowe 10 000 km :-)

Sobota, 9 grudnia 2017 · dodano: 10.12.2017 | Komentarze 2

O obrotach sfer niebieskich... Tfu..., to nie ta bajka :-D Prawidłowo rzecz ujmując, to brzmi to od dzisiaj tak: "O obrotach kół rowerowych i piernikowe 10 000 km" :-) Twórcą tej pierwszej teorii był niejaki Mikołaj Kopernik i to do jego Grodu udałem się w tą grudniową sobotę. W ten sposób powstała moja teoria, bo jakby nie było podczas tej wyrypy wybiło mi tegoroczne 10 000 km na liczniku, a żeby tego dokonać kółka od roweru muszą się kręcić :-D Magiczna bariera została przekroczona przy wjeździe do Torunia. Udało mi się tego dokonać po raz drugi. Pierwszy raz (w roku 2015) miał miejsce także w województwie kujawsko-pomorskim, bowiem w Kruszwicy...


Wracając do tematu wyprawy. Rzuciłem propozycję kilku osobom, ale albo nie podjęły rękawicy, albo po prostu nie pasował ten sobotni dzień. Finalnie przyszło mi pojechać samemu. Oczywiście tego nie żałuję, bo wszystko zagrało jak w szwajcarskim zegarku i kolejna wyrypa pozostanie na długo w pamięci. Trasę obrałem tak, by nie ryzykować jazdy w terenie, który mógł być bardzo grząski. Z drugiej strony dobrze, że tak zrobiłem, bo podczas jazdy bardzo szybko padły akumulatorki w nawigacji na skutek mrozu. Pozwoliło mi to bez problemu pokonać trasę z głowy. Początkowe kilometry to jazda przez Kruchowo, Ławki, Padniewo i Mogilno. Z Mogilna kierowałem się w kierunku Pakości. Cały czas musiałem być bardzo skupionym, bowiem drogi były śliskie z uwagi na piątkowe opady i lekki mróz, który chwycił w nocy. W Pakości wbiłem się na DW251 i tutaj już było mokro, wysypana sól zrobiła swoje. Odcinek Pakość - Inowrocław trochę dał w kość z uwagi na boczny wiatr, ale cały czas trzymałem przyzwoite tempo. Będąc w Inowrocławiu zajechałem pod tężnie solankowe i tam zrobiłem przerwę. Jak to szło w reklamie "czas na KitKat, czas na przerwę..." :-D Do tego gorący izotonik z termosu, więc było przyjemnie...


Z uwagi na lekki mrozik, bardzo fajnie prezentował się pomost w parku solankowym...


Równie atrakcyjnie prezentowały się tężnie w blasku porannego słońca...


Po 15 minutach przerwy ruszyłem dalej. Do samego Torunia mknąłem już bez żadnych przerw, jadąc przez Rojewo, Gniewkowo, Cierpice oraz Wielką i Małą Nieszawkę. Tylko na moment zatrzymałem się gdzieś w lesie między Gniewkowem, a Cierpicami, by wydalić z siebie przefiltrowanego izotonika :-D Droga minęła błyskawicznie i bezproblemowo. W Cierpicach pojechałem na szagę i nielegalnie przeprawiłem się przez torowisko nieopodal stacji, tak by dalej wbić się bezpośrednio w DW273. Tablicę z napisem "Toruń" ujrzałem po 3h 48m jazdy...


Od razu skierowałem się na Starówkę i miejscowy Ratusz...

Na Rynku Staromiejskim odbywał się Toruński Jarmark Bożonarodzeniowy...


Następnie pojechałem na ulicę Kopernika, gdzie mieści się dom polskiego astronoma...


Pokręciłem się trochę po wąskich, staromiejskich uliczkach brukowych, które mają swój urok i trafiłem na coś, co z lekka mnie zdziwiło. Ktoś wkomponował pomiędzy zabytkowe zabudowania boisko do piłki nożnej, typu "orlik"...


Wygląda to dziwnie, ale też i ciekawie. Po objeździe starówki zajrzałem nad Wisłę, gdzie dosyć mocno wiało, a następnie odwiedziłem sklep z piernikami, w którym zakupiłem co nieco słodkości na święta. Ostatnim punktem wyprawy była przeprawa mostem im. Józefa Piłsudskiego i wizyta na tarasie widokowym z drugiej strony Wisły...


Wyłączyłem się na kilka minut wpatrując się w piękną panoramę toruńskiej starówki, po czym wsiadłem ponownie na rower i dotarłem na dworzec PKP. Dokonałem zakupu biletu na powrót, wszamałem pyszną zapiekankę i po kilku minutach ruszyłem wygodnym składem PolRegio do Trzemeszna. Mimo niskiej temperatury, to była bardzo udana wyprawa. Pewnie ostatnia z takim kilometrażem w tym roku, ale niebawem kolejny nowy rok :-)


  • DST 103.20km
  • Teren 45.00km
  • Czas 04:41
  • VAVG 22.04km/h
  • VMAX 52.46km/h
  • Kalorie 3749kcal
  • Podjazdy 662m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kaszubska Marszruta

Sobota, 4 listopada 2017 · dodano: 05.11.2017 | Komentarze 9

Pomysł na tego tripa zrodził się w czwartek. Optymistyczne prognozy pogody na sobotę tknęły mnie do tego, by odwiedzić miejsce, w którym jeszcze nie byłem. Zgadaliśmy się z Grzegorzem, że obierzemy kierunek Bory Tucholskie. Przejrzałem strony internetowe i trafiłem na świetną recenzję Kaszubskiej Marszruty. Opublikowane zdjęcia, zamieszczony gotowiec w postaci śladu gpx, to wszystko wyglądało bardzo obiecująco, więc bez wahania wzięliśmy się za organizację wyjazdu. Początkowo swoją chęć zadeklarowało pięć osób, jednak finalnie pojechaliśmy we trójkę (Grzegorz, Krzychu i ja). Zdawaliśmy sobie też sprawę, że możemy napotkać na miejscu sporo problemów po sierpniowej nawałnicy i koniecznym będzie korygowanie trasy, gdyż właśnie tam nawałnica uderzyła z największą siłą, ale do odważnych świat należy :-) Z Trzemeszna wyruszyliśmy samochodem około godziny 6:30, a naszym punktem docelowym były Chojnice. Od rana pogoda dopisywała, więc byliśmy dobrej myśli. Dojazd na miejsce przebiegł sprawnie, w Chojnicach zameldowaliśmy się krótko przed godziną 9:00. Szybkie zakupy, przebranie się i ruszyliśmy w trasę. Na początek postanowiliśmy zajrzeć do centrum miasta, a skoro centrum Chojnic, to oczywiście Brama Człuchowska...

A także Rynek z miejscowym Ratuszem...


Ruszyliśmy dalej, nie tracąc czasu, bowiem w planach była trasa w granicach 100 km, a dzień już krótki. Pomknęliśmy w stronę miejscowości Charzykowy. Jest to miejscowość typowo wypoczynkowa położona u brzegu jeziora Charzykowskiego...


Z plaży głównej kierowaliśmy się w kierunku północnym jadąc promenadą wzdłuż jeziora...


Wraz z końcem promenady wyjechaliśmy z Charzykowych i kontynuowaliśmy jazdę przyjemnymi szutrowymi ścieżkami w otoczeniu lasu, wciąż z widokiem na jezioro Charzykowskie. Przejechaliśmy miejscowości Stary Młyn, Funka i dotarliśmy do Bachorza. Tutaj byliśmy już u skraju Parku Narodowego "Bory Tucholskie"...


Poruszaliśmy się wciąż jego skrajem, gdyż tak mieliśmy zaplanowaną trasę. Druga sprawa, że co kilkaset metrów wisiały tabliczki lub kartki z informacją o zakazie wstępu. Ale i tak było pięknie...


Jadąc dalej dotarliśmy do miejscowości o wymownej nazwie...


Miejscowość faktycznie mała i być może dlatego nie spotkaliśmy tu nikogo, kto paradowałby w gaciach :D Ale jezior w pobliżu dużo. Z samej drogi szło jednocześnie podziwiać jeziora: Charzykowskie, Karsińskie i Długie. A gdyby zrobić rekonesans w najbliższych lasach, to znajdują się tam kolejne mniejsze jeziora: Mielnica, Płęsno, Małe Krzywce, Wielkie Krzywce, Głuche, Małe Głuche. Po prostu piękno przyrody - lasy i jeziora, czyli Kaszuby pełną gębą :-) Jadąc dalej przez Chociński Młyn dotarliśmy do Swornychgaci. Tam znajduje się most zwodzony nad rzeką Brda, która wpływa do jeziora Karsińskiego...


Rzeka Brda w tym miejscu prezentuje się przyjemnie (biała plamka na koronie drzewa na wprost, to czapla biała :D)...


Ze Swornychgaci dotarliśmy do Drzewicza, gdzie opuściliśmy szutrowe ścieżki i wbiliśmy się w głąb lasu, tym samym eksplorując nieco tereny Zaborskiego Parku Krajobrazowego. Na jego skraju zrobiliśmy krótką przerwę na uzupełnienie kalorii, mając przejechane blisko 40 km...


Po przerwie wyjechaliśmy z Parku Krajobrazowego, przecięliśmy DW236 i kontynuowaliśmy jazdę mega przyjemnym leśnym duktem wzdłuż jeziora Dybrzk...


Aż nie mogłem się nadziwić jak uporządkowane są tutejsze tereny po sierpniowej nawałnicy. Zrobiona została tu konkretna praca i chwała tym ludziom, którzy ciężko tu pracowali, by turystyka i pobliskie tereny mogły nadal zachwycać turystów. Tym przyjemnym duktem dotarliśmy do Czernicy. To miejsce mnie urzekło, cisza, spokój i piękny widok z akwenem wodnym...


Gdyby było nieco cieplej rzuciłbym przynajmniej na pół godziny rower i położył na trawce delektując się tutejszym miejscem. Ale kręciliśmy dalej. Przemierzaliśmy kolejne kilometry kaszubskich lasów. Kolejne ścieżki i kolejne dowody na to jak sprawnie idą prace przy porządkowaniu terenów po nawałnicy...


Powróciliśmy do DW236 i wbiliśmy się na ścieżkę rowerową biegnąca wzdłuż drogi, która jak się okazało na jej końcu była zamknięta. Nie dziwił więc fakt, że wytrzęsło nas tam konkretnie z uwagi na rozjeżdżone podłoże przez ciężki sprzęt usuwający skutki nawałnicy. Dojechaliśmy do Wielkich Chełmów i kolejnych kilka kilometrów pokonywaliśmy na otwartym terenie, aż dotarliśmy do Brusów, miejscowości która po Chojnicach była druga co wielkości spośród odwiedzonych tego dnia. W Brusach wrażenie zrobił na mnie ogromny kościół pw. Wszystkich Świętych...


Kolejne mijane miejscowości to Kosobudy, Kinice i Czarniż. Ten fragment trasy to w dalszym ciągu odkryte tereny, ale trafił się też przyjemny odcinek...


Krótko za Czarniżem wjechaliśmy ponownie do lasu. Okazało się, że droga była zamknięta z uwagi utwardzanie drogi betonowymi płytami w kierunku Leśnictwa Giełdon. W objazd nie chciało nam się bawić, więc zmierzyć musieliśmy się z taką nawierzchnią...


Od tego momentu widoki Borów Tucholskich zmieniły się diametralnie. Przed wyjazdem szukając informacji we wszelakich źródłach o stanie lasów i możliwości przejazdu dotarłem do informacji, że odcinek Chojnice - Drzewicz jest w pełni przejezdny, natomiast wschodnia strona Parku Narodowego "Bory Tucholskie" jest w dużo gorszym stanie. Informacje te pochodziły z przełomu sierpnia i września i nie liczyłem, by zdążono się uporać z tak wielkimi szkodami wyrządzonymi przez nawałnicę. Byłem przygotowany na konieczność korygowania drugiej części trasy. Niemniej kontynuowaliśmy jazdę wytyczonym śladem. Już pierwsze kilometry za Czarniżem pokazały, że jest źle...


Tak wyglądał las w tym miejscu. Droga na całe szczęście była w pełni udrożniona...


Kilka kilometrów terenu przy takim krajobrazie i wyjechaliśmy na drogę asfaltową. Tak mnie pochłonęło obserwowanie zniszczonych terenów, że przeoczyłem jezioro przy, którym chciałem się koniecznie zatrzymać ze względu na nazwę. Chodzi o jezioro Trzemeszno. Taka mała ciekawostka, że mieszkam w miejscowości o tej nazwie, a jezioro znajduje się jakieś 150 km dalej :D Zbliżaliśmy się do miejscowości Okręglik, a widoki były coraz bardziej przerażające. W tym miejscu był las...


Jak widać praca tu wre. W oddali zauważyć można spore stosy pociętego drzewa, które czeka na wywózkę. Jeszcze dalej pracowali ludzie i ciężki sprzęt. Pracy do wykonania zostało jeszcze sporo. Przy drodze, którą się poruszaliśmy postawiona została nowa linia energetyczna z solidnymi, betonowymi słupami. Po lewej stronie widać było szczątki połamanych, starych, drewnianych słupów z zerwaną linią. Gdzieniegdzie stare słupy przetrwały...


W Okręgliku mijaliśmy wymowny kierunkowskaz...


"Rytel 6 km" - tak, to ten Rytel, który został odcięty od świata po przejściu sierpniowej nawałnicy. Ciarki przechodziły po plecach na myśl, co przeżywali tutejsi mieszkańcy tej pamiętnej nocy :-( Chwila zadumy i jechaliśmy dalej. Kilka minut i byliśmy w Zaporze, czy też jak wolą inni w miejscowości Mylof. Tutaj mieści się zapora na rzece Brda oraz hodowla pstrąga na Wielkim Kanale Brdy...


Ładnie prezentuje się miejsce po drugiej stronie, gdzie kanał łączy się z rzeką...


Takie obrazki, to był miód na oczy, mając na uwadze skalę zniszczeń w tym regionie. Kolejne kilometry, to jazda lasem, a w zasadzie to co po nim zostało wzdłuż jeziora Mylof. Jechaliśmy i cały czas zastanawialiśmy się kiedy te przykre obrazki się skończą...


Wyjeżdżając z lasu trafiliśmy patrol policji i straży leśnej, ale bez konsekwencji :-) Dojechaliśmy do miejscowości o kolejnej, wymownej nazwie...


Nazwa przyjaźnie nie brzmiała, ale smrodu nie uświadczyliśmy :-D Swoją drogą uwielbiam te tablice informujące o nazwie miejscowości w języku kaszubskim. W Męcikale na moment zatrzymaliśmy się, aby rzucić okiem na most, który powstał w ramach projektu budowy szlaków rowerowych "Kaszubska Marszruta"...


Z Męcikału mieliśmy jechać ścieżką rowerową, którą niestety nie dało się poruszać. Z uwagi na zaawansowane prace przy porządkowaniu lasu ścieżka zasypana była sporą ilością gałęzi z połamanych i usuwanych drzew. W związku z tym legalnie łamaliśmy zakaz jazdy dla rowerzystów po DW235. Przed Kłodawką ponownie wbiliśmy się do lasu, kierując się na Klosnowo. Stamtąd przyjemnym odcinkiem wzdłuż torów kolejowych dotarliśmy do Powałek. Tam króciutki postój na stacji kolejowej, bowiem Krzychu musiał podłączyć powerbanka pod swojego gps'a...


Kolejny odcinek, to przyjemny asfalt w kierunku Jarcewa...


Z Jarcewa był już rzut beretem do Chojnic. Jeszcze szybkie spojrzenie w bok...


I wjechaliśmy do Lasku Miejskiego mieszczącego się na terenie miasta. Tam zaskoczył nas bruk, niczym z trasy Paryż - Roubaix...


Po wyjeździe z lasu naszym oczom ukazał się obraz miasta Chojnice...


Przeprawić musieliśmy się jeszcze remontowaną ulicą Strzelecką i dotarliśmy do punktu docelowego, czyli parkingu, na którym zlokalizowane było nasze auto. Ogarnęliśmy się, zapakowaliśmy rowery na bagażnik i podjechaliśmy do centrum wypełnić puste żołądki. Po popasie ruszyliśmy w drogę powrotną do domów. W Trzemesznie zameldowaliśmy się około godziny 19:00. To była świetna sobota z masą wrażeń i oby takich więcej. Grzegorz, Krzychu - dzięki za wspólną jazdę ;-)

Reasumując, Kaszuby i Bory Tucholskie, to piękne miejsca. Gdybym miał więcej czasu, to spędzałbym tam zapewne minimum kilkanaście dni w roku. Krajobrazy i to co ma do zaoferowania tamtejszy region są wspaniałe. Nie wszystko da się pokazać i opisać. To trzeba zobaczyć. Niestety na tym wspaniałym obrazku dużą wyrwę wyrysowała natura. Sierpniowe nawałnice zniszczyły ogromną ilość terenów leśnych i chyba już nigdy Bory Tucholskie nie będą takie jak kiedyś. Niemniej w dalszym ciągu mają one sporo do zaoferowania i jak tylko odpowiednie służby doprowadzą te miejsca do porządku, to będzie można z nich korzystać pełną gębą.






  • DST 104.56km
  • Teren 2.50km
  • Czas 03:55
  • VAVG 26.70km/h
  • VMAX 49.11km/h
  • Kalorie 4130kcal
  • Podjazdy 501m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Pałuki, czyli Rogowo, Janowiec Wlkp. i Żnin

Niedziela, 27 sierpnia 2017 · dodano: 28.08.2017 | Komentarze 4

Niedziela, ostatni dzień urlopu, więc czas było ruszyć się po nadmorskim lenistwie i 8-dniowym odpoczynku od roweru. Na poranną wyrypę chętni byli także Kacper i Krzychu. Ruszyliśmy krótko po godzinie 8, wcześniej analizując burzową aurę na linii Żnin - Bydgoszcz i obraliśmy kierunek Pałuki, jadąc pod upierdliwy wmordewind. Najpierw pojechaliśmy w kierunku Rogowa przez Kruchowo, Jastrzębowo, Smolary i Lubcz. Na wylocie z Lubcza naszym oczom ukazały się zniszczenia jakie wyrządziła nawałnica 11 sierpnia...


Dalej krótki odcinek DK 5 i zameldowaliśmy się w Rogowie, skąd pomknęliśmy na Janowiec Wielkopolski. Gdy tylko przekroczyliśmy granicę Rogowa ujrzeliśmy ogrom zniszczeń. Las między Rogowem, a Rzymem praktycznie przestał istnieć...


Drzewa połamane, niczym zapałki...


Taki obraz ciągnął się przez dobre paręset metrów. Wcześniej słyszałem o tych zniszczeniach z opowiadań różnych osób, ale nie sądziłem, że stało się to na taką skalę. Przyjemne ścieżki i tereny w rejonie jeziora Rogowskiego zamieniły się w wielkie pobojowisko. Aż się nie chce wierzyć :-( Dalej kontynuowaliśmy jazdę w kierunku Janowca. Minęliśmy Kołdrąb i po kilkunastu kolejnych minutach zameldowaliśmy się w Janowcu Wielkopolskim, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na konsumpcję. Myślałem, że to miasto ma nieco więcej do zaoferowania, a faktycznie jest to takie zadupie. Gdyby nie zaniedbana fontanna, to największą "atrakcją" tego miasta byłby chyba sklep sieci "Biedronka" :D...


Z Janowca pojechaliśmy do pobliskiego Zrazimia obejrzeć stary, opuszczony kościół ewangelicki z 1892 roku...


Wejście do kościoła jest nieźle zarośnięte...


Po wejściu do kruchty można dostrzec stary, niemiecki napis...


W kościele nie zostało praktycznie nic, poza masywnym, kamiennym ołtarzem...


Widok od strony ołtarza...


Spojrzenie szerszym okiem...


Po wyjściu na zewnątrz dotarliśmy jeszcze do schodów, które prowadziły do dzwonnicy. Na samą górę wejść się nie da. Były tam zapewne wcześniej drewniane schody, których już nie ma. Dotarliśmy tylko na poziom piętra...


Po rekonesansie w kościele pomknęliśmy dalej w kierunku Żnina. Na tym odcinku wiało nam ładnie w plecy, więc prędkość znacząco wzrosła. W pewnym momencie na horyzoncie ukazał nam się mały punkcik, do którego stopniowo się zbliżaliśmy. Po kilku minutach wywnioskowałem, że będzie to jakiś szosowiec i zażartowałem, że go dogonimy. Kacper wziął to na poważnie i zaczął gonić, trzymając prędkość powyżej 40 km/h. Minęło kilka chwil i przegonił kolesia. My z Krzychem na spokojnie dojechaliśmy do niego po dłuższej chwili. Okazało się, że był to sympatyczny Pan, który wybrał się na ustawkę z kilkudziesięcioma innymi szosowcami ze Żnina i po prostu odpadł z grupy. Wspólnie gawędząc dojechaliśmy razem do Żnina w rejon stadionu, gdzie rozjeżdżało się sporo szosowców. Dowiedzieliśmy się, że w najbliższą niedzielę organizowany jest tam wyścig kolarski, gdzie swój udział zgłosiło już blisko 400 kolarzy. Mijając stadion pożegnaliśmy się z towarzyszem od szosy i pomknęliśmy dalej przez Wenecję, okolice Folusza i Chomiążę Szlachecką. W Gąsawce nad jeziorem Oćwieckim zrobiliśmy ostatni pit stop tego dnia...


Dalej leśnostradą pomknęliśmy do Gołąbek i przez Ławki i Kruchowo wróciliśmy do Trzemeszna. Mimo wietrznej i pochmurnej aury wyszedł przyjemny i ciekawy trip. Dzięki Panowie za wspólną jazdę ;-)


  • DST 390.44km
  • Teren 14.00km
  • Czas 17:17
  • VAVG 22.59km/h
  • VMAX 67.71km/h
  • Kalorie 14676kcal
  • Podjazdy 2115m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Jeziora, góry i morze, czyli Kaszuby pełną gębą ;-)

Czwartek, 17 sierpnia 2017 · dodano: 19.08.2017 | Komentarze 6

Pewnego sierpniowego dnia Kacper rzucił hasło, że chciałby pojechać rowerem nad morze. Ja tego roku byłem już w lipcu, ale nie wykluczałem, że będzie kolejny raz. Układ wolnych dni lub okoliczności pogodowe sprawiały, że nie było kiedy pojechać. Dobry tydzień wcześniej padł konkretny termin. Był on oczywiście ułożony pode mnie. Kacper ma wakacje, więc jego dyspozycja była w zasadzie pełna. U mnie wyglądało to tak, że od poniedziałku mam urlop, ale podczas niego większość dni zagospodarowanych. Początek urlopu to wyprawienie roczku córce, a następny tydzień to wyjazd urlopowy z rodziną. Siłą rzeczy koniecznym było zaplanowanie wyrypy na środek tygodnia. Padło na czwartek 17 sierpnia z opcją dość wczesnego wyjazdu jeszcze w środę. Początkowo planowaliśmy ruszać o godzinie 17:00, ale już rano wiedziałem, że nie będę się w stanie wyrobić w czasie i ustaliliśmy, że ruszymy o godzinie 18:00. Trochę plany krzyżowały prognozy pogody. Pół biedy z wiatrem, który miał wiać w ryja albo z boku do czwartkowego poranku, gdyż nie miał być specjalne silny. Gorzej było z opadami. Zostały wydane na wieczór i pierwszą połowę nocy alerty pogodowe w postaci silnych burz z gradem dla województw kujawsko-pomorskiego i pomorskiego, czyli tereny na trasie naszej wyprawy. Od południa uważnie śledziłem mapy z radarami. Po południu rozpadało się na dobre, a front przesuwał się w kierunku wschodnim. Patrząc na to co się dzieje uznałem, że te alerty to dmuchanie na zimne, po ubiegłotygodniowych nawałnicach. Temperatura powietrza spadła, cieplejsza masa powietrza została wyparta, więc nie było "paliwa", by powstały komórki burzowe. Czekać należało tylko na ustanie opadów. Najpierw przesunęliśmy wyjazd na 18:30, następnie 19:00, aż w końcu na 19:15. Finalnie ruszyliśmy o 19:20, kilka minut po tym jak opady ustały. Początkowe fragmenty trasy to Kruchowo, Gołącki, Chomiąża Szlachecka, Annowo, Szczepanowo i Barcin. W tym momencie było już ciemno. Dosłownie na kilka sekund zatrzymaliśmy się w Barcinie nad rzeką Noteć...


I pomknęliśmy dalej przez Łabiszyn i Brzozę. Przed Bydgoszczą, w okolicach S10 wbiliśmy się na chwilę do lasu, aby bezczelnie nie wjeżdżać pod zakaz dla rowerzystów. Jest jedno miejsce, gdzie wyjeżdża się z lasu na DK10, a znak jest kilka metrów dalej. Teoretycznie nie widzi się tego znaku, a praktycznie zakaz tam obowiązuje. W razie zatrzymania zawsze jest jakaś linia obrony :D Przez Bydgoszcz przejechaliśmy dość sprawnie. Na stacji benzynowej w rejonie stacji PKP Bydgoszcz Leśna zrobiliśmy pierwszą przerwę na konsumpcję. W międzyczasie podeszła do nas para, która szukała pomocy w postaci napompowania koła. O ile z jednym sobie poradzili, bo dętka miała wentyl samochodowy, o tyle z drugim nie z uwagi na wentyl dunlopa. W tym momencie do akcji wkroczyła moja niezawodna, mała pompka i udało się problem rozwiązać ;-) Po kilku minutach przerwy jechaliśmy dalej w gęstej mgle przez Niemcz, Neklę, Pyszczyn i Kotomierz. I w tym miejscu skończyła się trasa, którą jechałem solo do Gdyni we wrześniu roku 2015. Kolejne kilometry to już zupełna nowość i świeżo wytyczony przeze mnie ślad. Korygowałem go jeszcze dzień przed wyjazdem z uwagi na zeszłotygodniowe nawałnice. Wyrzuciłem maksymalnie ilość odcinków terenowych z obawy przed brakiem możliwości przejazdu w Borach Tucholskich przez powalone drzewa. Ogólnie miałem sporo obaw czy uda nam się bezproblemowo pokonać te fyrtle, w dodatku pod osłoną nocy. Ale jak to się mówi - do odważnych świat należy ;-) Dalej jechaliśmy przez Serock, Świekatowo, Zalesie Królewskie i wjechaliśmy do Borów Tucholskich. Przejeżdżaliśmy nieopodal rezerwatu "Cisy Staropolskie im. Leona Wyczółkowskiego", najliczniejszego skupiska cisa na stanowisku naturalnym w Europie, które jest pod ochroną od 180 lat. Niestety pod osłoną nocy nie było szans nic zobaczyć. Kilka kilometrów dalej mijaliśmy miejscowość Wierzchucin, gdzie w okolicach można zobaczyć lej po wybuchu rakiety V-2. Od lipca 1944 do stycznia 1945 r. funkcjonował tam ściśle tajny poligon rakietowy „Heidekraut”, na którym Niemcy przeprowadzali próby z rakietami typu V. Noc nie pozwalała jednak nic zobaczyć, więc bez zastanowienia cisnęliśmy dalej. Mgła wciąż nie dawała za wygraną. Dopiero przez Śliwicami, gdzie zrobiliśmy przerwę odpuściła. Spodobało mi się to miasteczko, czyste i zadbane...


Kilka minut przerwy i kręciliśmy dalej. Wyjazd z miasteczka i okazało się, że natknęliśmy się na mokry teren. Na mapie wyglądało to jak droga asfaltowa. Próbowałem szukać alternatywnej trasy po asfalcie, ale trzeba było nadłożyć trochę kilometrów, więc postanowiliśmy jechać wytyczonym szlakiem. Teren po opadach mokry i miękki. Z drugiej strony gdyby było sucho, to nieźle kopalibyśmy się tam w piachu. Na szczęście po 4 kilometrach wyjechaliśmy na utwardzoną nawierzchnię. Przejechaliśmy przez Lipową i niebawem byliśmy w województwie pomorskim. Kolejne kilometry, to przyjemna jazda w otoczeniu lasów. Przed Czarną Wodą wbiliśmy się na DK22 z szerokim i wygodnym poboczem. Tu już świtało, ale z racji zachmurzenia nie było szans na ujrzenie wchodu słońca. W Kaliskiej ponownie wjechaliśmy w las i tak było aż do Starej Kiszewej. Od tej pory teren zaczął robić się coraz bardziej pofałdowany, było trochę zjazdów i podjazdów...


Jadąc przez Dębogóry, Wielki Klincz, Puc i Kłobuczyno dotarliśmy do Szymbarku. W międzyczasie złapał mnie kryzys z uwagi na brak snu. Oczy chciały mi się zamykać, głowa zrobiła się ciężka. Potrzebowałem szybko kawy, ale na horyzoncie nie było widać jakiegokolwiek punktu serwującego kawę. Jak się okazało musiałem zmagać się ze sennością przez blisko 50 km, bo dopiero przed Kartuzami trafiliśmy na lokalną stację benzynową. Ale wracając do rejonu Szymbarku, chcieliśmy zobaczyć słynny dom obrócony do góry nogami. Podjechaliśmy pod bramkę skansenu, ale skubany jest tak ukryty, że nie sposób go zobaczyć. Jechaliśmy, więc dalej. Od tego momentu zaczęło się coś czego się kompletnie nie spodziewałem. Przewyższenia i krajobrazy niczym w górach tyle, że bez szczytów. Z Szymbarku zjechaliśmy stromym zjazdem, na którym przy prędkości 40 km/h trzeba było hamować, gdyż droga wyłożona była płytami. Przemknęliśmy w sąsiedztwie rezerwatu przyrody "Szczyt Wieżyca". Na dole było niczym w jakimś wąwozie, na lewo strome zbocze, po prawej podobnie. Nazwy miejscowości też ciekawe, najpierw Piekło, następnie Niebo. Ogólnie klimat taki, że najchętniej zatrzymałbym się i dalej nie jechał. Ale jechać trzeba było. Odpuściliśmy nawet zrobienie zdjęć kilku fajnych widoków, by nie wypaść z rytmu jazdy. Dosłownie w tym rejonie można było zatrzymywać się co kilkaset metrów i cykać fotki. Gdy skończyło się zbocze po lewej stronie, to naszym oczom ukazało się spore jezioro Ostrzyckie. Tutaj już nie odpuściliśmy. Zatrzymaliśmy się, weszliśmy na pobliski pomost i delektowaliśmy się widokiem. Piękne jezioro z lasami i pagórami w tle. Odniosłem wrażenie jakbym jechał w kierunku Tatr, a nie morza...


Ogólnie to jezioro jest bardzo rozległe i zawiłe, tworzy kształt na wzór litery U. W Ostrzycach krajobraz tego jeziora zgoła odmienny...


Ale po drugiej stronie strome zbocza. Nawet punkty widokowe są do góry ulokowane. Gdyby nie długi dystans i ograniczenie czasowe z pewnością skusiłbym się na wejście do góry. Dalej czekała nas wspinaczka do miejscowości Złota Góra, gdzie na wyciągnięcie ręki mieliśmy kolejny punkt widokowy. W dole jezioro Brodno Wielkie...


Powoli zbliżaliśmy się do Kartuz i w końcu naszym oczom ukazała się stacja benzynowa. Obowiązkowy pit stop na kawę. Wypiłem kawę zjadając do tego dwa batoniki, w międzyczasie rozpogodziło się na dobre i ruszyliśmy dalej. Minęło dosłownie kilka minut i czułem się o niebo lepiej. Na co dzień nie pijam kawy praktycznie wcale, więc jedna kawa swoje zrobiła. Senność odeszła w zapomnienie. Jadąc w dalszym ciągu delektowaliśmy się kaszubskimi krajobrazami. Szybko przejechaliśmy Kartuzy i kręciliśmy dalej to góra, to dół przez Grzybno, Szarłata i Hopy, aż do DW 224. Frajda z jazdy była duża. Na podjazdach trzeba było się namęczyć, ale na zjazdach bez problemu przekraczaliśmy 50 km/h. Po wjeździe na DW 224 nie było inaczej. Wciąż góra - dół - góra. W Łebnie opuściliśmy drogę wojewódzką i przez Wyszecino, Barłomino, a następnie świetnym zjazdem dotarliśmy do Luzina. Przed Kębłowem zmuszeni byliśmy do objazdu z uwagi na remontowany odcinek drogi. Następnie Zelewo, Zamostne i Rybno. Mimo sporych przewyższeń jechało się przyjemnie, ale mając takie obrazki przed oczami inaczej być nie mogło...


Kilkaset kolejnych metrów przejechane i naszym oczom ukazał się znak. Spojrzałem na licznik, a tam blisko 310 km w nogach, spojrzałem na znak i stwierdziłem, że to nie dzieje się naprawdę :o Podjazd z kątem nachylenia 10%. Ale, jak nie my, to kto...


Po wjeździe do góry spojrzenie przez prawe ramię...


Kilka kolejnych chwil i byliśmy w rejonie Gniewina, gdzie znajduje się atrakcyjna wieża widokowa. Oczywiście w tym miejscu obowiązkowy postój na zwiedzenie tej atrakcji turystycznej...


Kacper dał sobie spokój i czekał na dole, a ja udałem się do kasy po bilet. W kasie Pani zapytała czy wchodzę, czy wjeżdżam windą. Zapytałem jaka to różnica, a Pani odpowiedziała, że w cenie. Skoro miałem w nogach 310 km, to różnicy nie zrobiło mi pokonanie 212 stopni schodów :D Wszedłem na górę wieży liczącej 44 metry wysokości i zacząłem delektować się widokami. Najpierw spojrzenie na jezioro Żarnowieckie i pobliskie morenowe wzgórza...


Obrót w lewo i rzut oka w stronę Morza Bałtyckiego...


Znowu trochę w lewo i mogłem obserwować kręcące się wiatraki na farmie elektrowni wiatrowych...


W kierunku południowym podziwiać można zbiornik górny elektrowni szczytowo - pompowej Żarnowiec. Na tyle duży, że nie dało rady go ująć w obiektywie...


Selfie po 310 km jazdy musiało być...


I panorama. Trochę ręka zadrżała, ale efekt całkiem przyjemny...


Z dołu wieża prezentuje się okazale...


Po trochę dłuższej przerwie kręciliśmy dalej. I od razu gęba była uśmiechnięta. Stromy i nielegalny, bo z zakazem zjazd (teren elektrowni) i padł w moim wykonaniu rekord jeśli chodzi o prędkość maksymalną. Na liczniku 67,71 km/h :-) Pewnie można było więcej, ale na łuku drogi z bagażnikiem i sakwą nie miałem odwagi. Jeden malutki błąd i wylądowałbym gdzieś w zaroślach. Na dole rzut oka na spory akwen wodny. Tutaj na pierwszym planie fragment Kanału Żarnowieckiego...


Nieco dalej jezioro Żarnowieckie...


W Żarnowcu zatrzymaliśmy się na chwilę w sklepie w celu zakupu wody. Słońce dawało o sobie znać, więc koniecznym było zadbać o uzupełnianie płynów. Do Krokowej dostaliśmy się w kilka minut po ruchliwej DW 213. Na szczęście szybko się to skończyło, bo następne kilkanaście kilometrów (odcinek Krokowa - Swarzewo), to jazda po ścieżce rowerowej ulokowanej na nasypie dawnej linii kolejowej...


Następnie krótki odcinek po DW 216 i o godzinie 14:20 byliśmy u celu naszej podróży. Władysławowo zdobyte!!!


Pierwsze co, to udaliśmy się po zakup biletów na pociąg, by dostać się do Gdyni. Okazało się, że nie można było zakupić biletu na rower. Trzy pociągi, które nas interesowały między godzinami 15, a 17 i żadnych szans na dojazd do Gdyni. Nastąpiła szybka analiza sytuacji i najpewniejszym rozwiązaniem okazało się dojechać rowerem do Rumi i stamtąd SKM do Gdyni. Kacper nie był z tego rozwiązania zadowolony, ale ten plan był pewny. W tym wypadku zostało nam tylko 40 minut na pobyt w mieście. Bez zastanowienia udaliśmy się w kierunku plaży. Wchodzimy, a tam rój :D


Zajęliśmy miejscówkę po płotem, przebraliśmy się i dzida do wody. Najpierw ja, a następnie Kacper. Sprzętu i bagażu trzeba było przecież pilnować. Morska woda zadziałała orzeźwiająco, tego nam trzeba było. Następnie szybki ubiór, ostatnie spojrzenie w kierunku otwartego morza...


I ruszyliśmy na bonusowy odcinek do Rumi. Tutaj bez kombinowania i patrzenia w nawigację, pojechaliśmy DW 216 przez Redę na dworzec PKP w Rumi. Szybki zakup biletu w kasie (rowery w SKM przewozi się gratis) i oczekiwaliśmy na przyjazd pociągu...


Bezproblemowo dotarliśmy do Gdyni, gdzie mając około pół godziny czasu zrobiliśmy zakupy na podróż. Jak się później okazało bana została podstawiona 20 minut po godzinie odjazdu i ruszyła z 25 minutowym opóźnieniem. Gdyby tak od razu to zakomunikowano (bo co 10 minut zwiększano czas opóźnienia), to dokręciłbym sobie po okolicy do 400 km. Niemniej, takiego kilometrażu się zupełnie nie spodziewałem. W planach było 350 km i był nawet plan awaryjny na wypadek problemów (miałem na uwadze pierwszą tak długą wyprawę Kacpra) z dojazdem z Kartuz prosto do Gdańska, albo z Luzina do Wejherowa. Wszystko jednak tego dnia udało się perfekcyjnie. Mając na względzie, to co zobaczyłem na Kaszubach, bardzo dynamiczną jazdę na sporych przewyższeniach i zaliczony kilometraż bez wahania stwierdzam, że jest to na chwilę obecną moja wyprawa życia. Przeżyć ten dzień w taki sposób, to było coś pięknego. Kacper dzięki za wspólną jazdę oraz gratuluję pokonania bariery 300 km i to w takim stylu!!!

Poniżej trasa, którą pokonaliśmy (w dwóch miejscach urwało nieco ślad przez zgubiony GPS):



  • DST 194.30km
  • Teren 27.00km
  • Czas 07:46
  • VAVG 25.02km/h
  • VMAX 61.82km/h
  • Podjazdy 679m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Włocławek - Ciechocinek - Toruń

Czwartek, 20 lipca 2017 · dodano: 22.07.2017 | Komentarze 4

Co by tu dużo pisać. Trip, który był planowany od dłuższego czasu, ale też i trip spontaniczny. Dlaczego tak? A no dlatego, że pierwotnie miał on się kończyć we Włocławku. Wstępne szczegóły były zaplanowane jeszcze w poprzednim roku, ale to pogoda, to brak czasu stawały na przeszkodzie. Trasa wyznaczona była tak, aby jazdę zakończyć we Włocławku i stamtąd wracać baną z przesiadką w Toruniu. Okazało się jednak, że w wakacje nie kursuje bana, którą mieliśmy wracać na odcinku Włocławek - Toruń. Do wyboru pozostały, więc dwie opcje. Dojazd do Torunia na kołach, albo baną z poniesieniem większych wydatków z racji dwóch różnych przewoźników. Razem z Kacprem zdecydowaliśmy się na pierwszą wersję. Decyzja była spontaniczna i podjęta w ostatniej chwili. W środę późnym wieczorem, gdy wróciłem z pracy i tylko się ogarnąłem, wziąłem się za korygowanie śladu. Zanim ogarnąłem wszystkie pierdoły zrobiła się godzina 1:30, a wstać trzeba było o 4:30. Plan zakładał start z Trzemeszna o 5:00. Ruszyliśmy z kilkunastominutowym poślizgiem, więc już na dzień dobry czasowo byliśmy w plecy. Trzeba było przecież zdążyć na banę w Toruniu, a według prognoz cały dystans miał być z wiatrem w ryja. Początkowe kilometry, to jazda okolicznymi fyrtlami przez Trzemżal, Sokołowo i Orchowo. Dalej Mlecze, Gaj, Wójcin, Lenartowo i Skulsk. Na Wylocie ze Skulska zrobiliśmy pierwszą, krótką przerwę. Czas gonił, więc po chwili kręciliśmy dalej. Po kilku minutach byliśmy nad Kanałem Ślesińskim, który wpada do jeziora Gopło...


Szybkie foto i jazda dalej. Kilometry upływały, a my wciąż trzymaliśmy niezłe tempo. Nim się obejrzeliśmy byliśmy w Piotrkowie Kujawskim. Zanim dotarliśmy do Brześcia Kujawskiego zmierzyliśmy się momentami z ciężkim i piaszczystym terenem. Kacper obrał nawet wersję jazdy przez pole :D Na wylocie z Brześcia zrobiliśmy drugą, krótką przerwę. Szybka wszama, uzupełnienie płynów i cisnęliśmy dalej. O godzinie 9:30 dotarliśmy do granic Włocławka. Na licznikach przekroczone 100 km ze średnią 26 km/h. Mając na uwadze czołowy wiatr, to był całkiem niezły wyczyn. Kolejne kilometry to już mniej płynna jazda z uwagi na skrzyżowania i sygnalizacje świetlne. W pierwszej kolejności kierowaliśmy się na zaporę wodną, po drodze mijając Pałac Bursztynowy...


Mieści się tam kompleks hotelowy, jednak zdziwiło mnie hasło, które mieści się do góry nad kolumnami "w hołdzie mojej i wszystkim mamom". Zasięgnąłem informacji na stronie hotelu i wszystko stało się jasne... "powstał jako hołd fundatora Pana Krzysztofa Grządziela dla Swojej i wszystkich Mam i jest częścią fundacji "Samotna Mama”, która pomaga rodzinom niepełnym, przeznaczając cały dochód z działalności gospodarczej właśnie na tą pomoc". Niemniej, cisnęliśmy dalej. Przebiliśmy się przez upierdliwe skrzyżowania i po kilkunastu minutach byliśmy na zaporze wodnej, z której mieliśmy widok na Wisłę...


Obok zapory mieści się Park pamięci - miejsce upamiętniające męczeńską śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. Stoi tam krzyż, który jest symbolem przypominającym o bestialskim mordzie wykonanym na kapelanie "Solidarności" przez oficerów SB 19 października 1984 roku...


Wystarczyło zrobić obrót o 180 stopni i można było ujrzeć zaporę wodną, która prezentuje się efektownie...


Dalej pojechaliśmy prawą stroną Wisły, ale najpierw czekała nas całkiem spora wspinaczka. Jazda wzdłuż prawego brzegu była niestety bardzo kiepska, gdyż trafiliśmy na prace drogowe. Cała jezdnia była rozkopana, w dodatku mocno spowolniła nas ciężarówka, która jechała ledwie 15 km/h. Straciliśmy przez to nieco czasu. Dalej czekał nas zjazd ulicą Lipnowską i aż żałuję, że się zgapiłem wpatrując się z góry w panoramę Włocławka, bo można było tu spokojnie zrobić życiówkę jeśli chodzi o prędkość. Bez kręcenia korbą licznik wskazał ponad 61 km/h. Dla ciekawostki dodam, że był tu segment na Stravie, ale został usunięty, gdyż uznano go za niebezpieczny!!! Po zjeździe na dół przemknęliśmy mostem Marszałka Rydza - Śmigłego...


Z mostu dostrzec można Bulwary Piłsudskiego...


A patrząc przed siebie Katedrę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny...


Dalej pomknęliśmy w kierunku Torunia. Posmakowaliśmy tutaj fragmentu Wiślanej Trasy Rowerowej. Jest to częściowo istniejący szlak rowerowy, który docelowo ma łączyć Beskidy z Bałtykiem, a jego długość planowana jest na 1200km!!! Nic, tylko czekać na jego pełne ukończenie i będzie można planować konkretną wyrypę ;-) Zanim dotarliśmy do Torunia zajrzeliśmy do Ciechocinka, miasteczka rozpusty emerytów i rencistów :D Kilka kilometrów wcześniej dopadły mnie krótkotrwałe skurcze, spowodowane ciągłym naparzaniem w dość solidnym tempie. W sumie nie dziwiło mnie to, 150 km w nogach, a my wciąż trzymaliśmy tempo. Ogólnie to Kacper był w tym momencie mniej zmęczony, ale niemal całą trasę siedział mi na kole :-P Krótka przerwa, kilka kawałków czekolady, zażycie magnezu i jechaliśmy dalej. W Ciechocinku priorytetem był zakup wody oraz wizyta pod tężnią...


W międzyczasie rozpadało się na dobre. Z uwagi na deszcz podjęliśmy decyzję o jak najszybszym dotarciu do Grodu Kopernika, więc odpuściliśmy jazdę Wiślaną Trasą Rowerową i wbiliśmy się na DK 91. Co prawda krajówka, ale z bardzo szerokim poboczem, w związku z czym było znośnie. W Toruniu na dworcu zameldowaliśmy się dosłownie 12 minut po odjeździe bany. Pozostało wypełnić jakoś czas oczekiwania na następną banę, więc pojechaliśmy na Starówkę...


Tam oczywiście wizyta pod pomnikiem Mikołaja Kopernika...


Ratusz Staromiejski...


Brama Klasztorna...


Deszcz nie dawał za wygraną i poruszanie się po kostce Starego Miasta robiło się coraz bardziej niebezpieczne. Nie było co igrać z losem, więc pojechaliśmy pokręcić na bulwar. Dojechaliśmy do jego końca po czym wbiliśmy się na przyjemny singielek, który z upływem metrów robił się mniej przyjemny, ze względu na duże zagęszczenie krzaków i wysokiej trawy. Zrobiliśmy zawrotkę, na moment zatrzymaliśmy się pod mostem kolejowym...


I pojechaliśmy do sklepu zrobić zaopatrzenie w prowiant na drogę powrotną. Na dworcu zakupiliśmy bilety i udaliśmy się do Trzemeszna z szybką przesiadką w Inowrocławiu. Jak się okazało po powrocie, na miejscu panowała zgoła odmienna pogoda ze słońcem na niebie i dobrymi kilkoma stopniami więcej. Mimo wiatru w ryja, deszczu na ostatnich 40 kilometrach trip wypadł solidnie i trzeba go uznać na udany. Z pewnością pozostanie w pamięci ;-)


Na koniec podgląd trasy w 3D ;-)



  • DST 302.90km
  • Teren 21.00km
  • Czas 14:05
  • VAVG 21.51km/h
  • VMAX 51.01km/h
  • HRmax 159 ( 85%)
  • HRavg 121 ( 64%)
  • Kalorie 9088kcal
  • Podjazdy 2148m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Trójmiasto, czyli nad morze w jeden dzień :-)

Sobota, 1 lipca 2017 · dodano: 03.07.2017 | Komentarze 5

Ten trip w zasadzie nie był planowany. Owszem tego dnia miało być też konkretnie i ekstremalnie, bowiem miała być wyprawa do Szklarskiej Poręby, która organizowana była przez zapaleńców dwóch kółek z Poznania. Niestety warunki pogodowe stanęły na przeszkodzie i wyprawa została odwołana w dniu wyjazdu koło południa. Osobiście obserwowałem prognozy kilkanaście dni wcześniej i już wtedy nie powiewało optymizmem. Wspólnie z Karolem uznaliśmy, że skoro ułożyliśmy dni wolne w pracy pod taki wyjazd, to trzeba wdrożyć w życie plan rezerwowy. Kierunek oczywiście odwrotny i trip nad nasze polskie morze!!! Tutaj prognozy także nie były obiecujące, ale pewnym było, że wiatr za wiele nie będzie przeszkadzał. Rano w dniu wyjazdu jeszcze nie do końca byliśmy pewni, czy pojedziemy. Wnikliwe analizy prognoz pogody z kilku źródeł jednoznacznie wskazywały, że noc będzie bez opadów. Tym samym podjęliśmy ryzyko i postanowiliśmy pojechać. Bilety na pociąg powrotny zakupione były kilka dni wcześniej, by nie zostać na lodzie z rowerami, więc inne sprawy organizacyjne, to był pikuś. Co do trasy, to na ruszt wziąłem ślad według, którego w 2012 roku poruszali się Sebek z Marcinem i Panem Jurkiem. Dorzuciłem tylko mały fragment z Gdańska do Gdyni. Z Trzemeszna ruszyliśmy wcześniej, bowiem krótko przed godziną 18. Na dwie wyprawy w poprzednich latach ruszałem w nocy, ale tutaj za względu na pogodę i duże ryzyko przymusowych postojów, postanowiłem dorzucić całkiem spory margines czasowy. Ruszyliśmy i się zaczęło... Spojrzenie w kierunku Gniezna, a tam na niebie granatowo. Całkiem długi postój na światłach, kolejny jeszcze dłuższy na przejeździe kolejowym, a chmury były coraz bliżej. Zdążyliśmy dojechać do Ławek i lunęło. Około 10-minutowy opad przeczekaliśmy pod większym drzewem i ruszyliśmy dalej jadąc przez Gołąbki, Ryszewo, Szelejewo i Gąsawę. Gdy zbliżaliśmy się do Gąsawy goniła nas kolejna, duża i granatowa chmura. Postanowiliśmy nie ryzykować i zrobić przymusowy pit stop na przystanku w Gąsawie. Decyzja okazała się być w pełni słuszną, bo po chwili zaczęło mocno padać...


Przerwa trwała ładnych kilkanaście minut, ale nie zraziło to nas absolutnie i gdy tylko opad ustał, ruszyliśmy dalej. Kolejne mijane miejscowości to Żnin i Kowalewo. W Kowalewie powstaje kolejny odcinek S5, a rowerzystom zabrano ścieżkę rowerową. Nie wiem tylko czy tymczasowo na czas budowy, czy na stałe. Po chwili wjechaliśmy na krótki odcinek DK5 i od razu trafił się baran, który mało co mnie staranował. Jechałem przy samej krawędzi jezdni, aż tu nagle coś wyprzedza mnie na centymetry. Jakby tego było mało miał za sobą przyczepę kempingową, która niemal się o mnie otarła. Pomyślałem "o zgrozo..." i natychmiast przyspieszyłem, żeby czym prędzej za paręset metrów uciec z tej drogi skręcając na Szubin. Przez Szubin przejechaliśmy dosyć szybko, ale muszę przyznać, że podobało mi się to miasteczko, czyste i zadbane. Dalej pomknęliśmy w rejon miejscowości Tur, gdzie przepływa rzeka Noteć. Widoki całkiem przyjemne...


I widok z drugiej strony...


Następne kilka kilometrów to jazda terenem przez przyjemny las i mniej przyjemne z racji wcześniejszych opadów podłoże. W pobliżu miejscowości Gorzeń przecinaliśmy Kanał Bydgoski...


W Ślesinie krótki i przymusowy postój z uwagi na wymianę akumulatorków w nawigacji. Kolejne kilometry to jazda przez kujawsko-pomorskie zadupia pod osłoną nocy. Było już ciemno i robiło się coraz chłodniej. W Łąsku Wielkim, w sumie nie wiem czemu wielkim, bo zadupie totalne, zrobiliśmy przerwę na porządne jedzenie. Zjadłem ryż w potrawce, który zabrałem z domu i ruszyliśmy dalej. Jadąc przez większe i mniejsze zadupia dotarliśmy do Tucholi. Gdy wjechaliśmy do centrum było chwilę przed godziną 1:00...


Powoli odczuwaliśmy dyskomfort termiczny z racji niskiej temperatury (ledwie 14°C), więc zjechaliśmy 700 m z zaplanowanej trasy na pobliską stację benzynową. Tam zapodaliśmy sobie dużą, gorącą czekoladę i od razu było lepiej. Kolejne kilometry to jazda DW 237 przez lasy okalające rzekę Brdę. Dość szybko przekroczyliśmy granicę województwa pomorskiego i zameldowaliśmy się w Czersku, gdzie naszą uwagę zwrócił kościół w stylu neogotyckim pw. św. Marii Magdaleny...


Było chłodno, więc bez zastanowienia cisnęliśmy dalej. Tereny podobały mi się coraz bardziej i czuć już było kaszubski klimat. Każda tabliczka mijanej przez nas miejscowości oznaczona była w języku ojczystym oraz kaszubskim. Powoli zbliżaliśmy się do jeziora Wdzydze. Tu nieco skorygowaliśmy trasę Sebka, bo w terenie był całkiem spory gnój. Pojechaliśmy leciutko na okrętkę przez miejscowość Wiele. Stamtąd fajny zjazd, aż do Borska. Przez moment widziałem fragment jeziora, które jest sporych rozmiarów. Niestety było jeszcze na tyle ciemno, że na zdjęciu za wiele bym nie ujął. W Borsku zrobiliśmy przerwę na kolejne jedzenie. Tam dopadła nas chyba najniższa temperatura tej nocy (12°C) i do tego mocno wiało. Bez wahania założyłem koszulkę termiczną i od razu było lepiej. Żałowałem tylko, że nie wziąłem długich spodni, bowiem po girach trochę ciągnęło. Kolejne kilometry pokonywane przez Wdzydzki Park Krajobrazowy, to istna przyjemność. Noc odeszła w zapomnienie, a wokół cisza, spokój i jedyny słyszalny dźwięk, to ćwierkanie ptaków. Nie zrażały mnie nawet ciągłe podjazdy i zjazdy, wciąż miałem w sobie sporo energii. Trochę inaczej czuł to Karol, którego dość mocno zmęczyło tamtejsze ukształtowanie terenu. Tak wyglądało kolejne 40 kilometrów. Zjazdy i podjazdy. Wiedziałem też, że w Przywidzu czeka nas konkretniejszy podjazd. Byłem na szkoleniu w tamtejszych rejonach jakieś 10 lat temu i kojarzyłem tą miejscowość. Karol coraz ciężej pokonywał podjazdy, walczył z samym sobą, ale dawał radę. Dla mnie z kolei było trochę za wolno i przez to robiło mi się zimno. Ten cholerny, mocny i zimny wiatr wiatr dawał nieźle popalić. Obrałem, więc taktykę, że jadę swoim tempem odcinki 10-kilometrowe, po czym chowam się na przystanku od wiatru i czekam na Karola. Od Przywidza było dużo łatwiej, bo sporo z górki, ale Karol i tak zostawał w tyle. Ja wiozłem ze sobą bagażnik ze sakwą i dodatkowe kilogramy napędzały mnie na zjazdach. Muszę przyznać, że fajne uczucie cisnąć kilka kilometrów bez pedałowania, jadąc powyżej 40 km/h :D Gdy dotarłem do miejscowości Kolbudy zrobiłem przerwę na jedzenie. Zakupiłem bułki, kiełbachę, ciastko i kawę. Konsumowałem sobie spokojnie zakupiony prowiant, a w międzyczasie śmignął Karol. Machałem mu, ale ze zmęczenia chyba już nie widział i jechał dalej. Ja spokojnie się nasyciłem i ruszyłem przed siebie. Po kilku minutach dogoniłem kompana wyprawy i już do samego Gdańska jechaliśmy razem. Gdańsk przywitał nas taką tablicą...


Skoro Gdańsk, to wizyta na tamtejszej Starówce...




A tak prezentuje się miejscowy ZUS :o


Nie mogło oczywiście zabraknąć spojrzenia na Motławę...


I pobliską marinę...


Dalej kierowaliśmy się w stronę morza, po drodze mając widok na zabytkowe żurawie w stoczni...


Po kilku minutach byliśmy pod stadionem Energa, jedną z aren Euro 2012...


W tym momencie lekko siąpiący deszczyk zamienił się w ulewę. Zmusiło to nas do przymusowego postoju pod wiatą pobliskiego przystanku. I tak sobie siedzieliśmy i czekaliśmy. Według prognoz, które sprawdziliśmy dzień wcześniej miało padać od godziny 14 albo 17, w zależności od źródła. Czas mijał. W międzyczasie rzuciłem okiem w aktualne prognozy, a tam szok, padać ma cały dzień!!! Masakra. Pomyślałem, że ciężko będzie dojechać do Gdyni. Na przystanku czekaliśmy blisko godzinę, po czym zdecydowaliśmy, że te około 3 km do plaży jakoś przejedziemy. Tak uczyniliśmy i za kilka chwil zameldowaliśmy się na gdańskiej plaży, która w wakacyjną sobotę świeciła pustkami...


Uciekając przed deszczem wbiliśmy się do pierwszej napotkanej knajpy na plaży i złożyliśmy zamówienie. Ciepła herbatka z cytrynką smakowała jak nigdy. Kto by pomyślał, że w lipcu człowiek musi się grzać, gdzie normalnie powinien się chłodzić. Po około godzinie opad ustał i ruszyliśmy dalej. Najpierw na molo na Brzeźnie...


Widok w kierunku Gdyni, przykrytej gęstymi chmurami...


Dalej przejazd przez Sopot w rejonie molo...


Następnie kolejne molo. Tym razem na gdyńskim Orłowie. Stamtąd już rzut beretem na Kępę Redłowską...


Nigdy nie byłem na Kępie Redłowskiej, dlatego trasę poprowadziłem przez tamtejsze ścieżki. Trochę przeszły one moje oczekiwania, bowiem więcej było nad tym odcinku prowadzenia rowerów niż jazdy. Ale ciekawe odcinki do prawdziwego MTB też się znalazły. Na kilku z nich spróbowałem swoich możliwości z dobrym skutkiem. Poszalałbym tam więcej, ale musiałem uważać, gdyż wiozłem ze sobą sakwę. Karol mnie chyba w tym momencie przeklinał :D Ale wynagrodzone było to pięknymi widokami...




Po trafieniu na drugi wąwóz uznałem, że starczy tych atrakcji i wjechaliśmy prosto na plażę. Dalej prowadziliśmy rowery przez plażę na Kamiennej Górze, by dostać się w rejon Skweru Kościuszki. Tam ponownie złapał nas deszcz. Znaleźliśmy przyjemne miejsce pod zadaszeniem i obserwowaliśmy turniej siatkówki plażowej. Gdy deszcz minimalnie zelżał, udaliśmy się podziwiać statki. Najpierw "Dar Młodzieży", którego nie miałem okazji widzieć podczas wizyty w 2015 roku...


Następnie "Dar Pomorza"...


Oczywiście "ORP Błyskawica" też mieliśmy okazję ujrzeć, ale przy nim było takie zainteresowanie turystów, że nie szło zrobić sensownej fotki. Po wizycie na Skwerze Kościuszki skierowaliśmy się w stronę dworca PKP, po drodze odwiedzając sklep celem zrobienia zakupów na drogę powrotną. Na samym dworcu armagedon!!! Ludzi taka ilość, że w Warszawie na dworcu centralnym tylu nie widywałem. Jak skojarzyliśmy fakty, to w tym czasie odbywał się Opener Festival, więc wszystko stało się jasne. Powrót do Gniezna pociągiem IC Bałtyk, skąd Karol udał się transportem samochodowym do domu, a ja pognałem rowerem uciekając przed kolejnym deszczem tego dnia.

To była świetna wyprawa mimo niesprzyjających warunków. Trasa na odcinku kaszubskim wręcz skrojona pode mnie. Karol dzięki za wspólną jazdę, choć wiem, że nie było Ci łatwo. Ale taki trip Cię tylko wzmocni ;-) Trójmiasto polecam każdemu, choć niekoniecznie w taką pogodę. I uważajcie na Kępie Redłowskiej, bo może być to ponad Wasze siły. PozdRower ;-)

Trasa naszej wyprawy wyglądała tak:



  • DST 102.23km
  • Teren 21.00km
  • Czas 04:11
  • VAVG 24.44km/h
  • VMAX 48.72km/h
  • HRmax 174 ( 93%)
  • HRavg 138 ( 73%)
  • Kalorie 2950kcal
  • Podjazdy 413m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Piechcin, Barcin, Dolina Rzeki Gąsawki

Środa, 21 czerwca 2017 · dodano: 22.06.2017 | Komentarze 2

Ns środowe popołudnie umówiłem się z Kacprem i Karolem, a naszym głównym celem wyprawy miał być Piechcin. Najpierw pomknęliśmy moim ulubionym wariantem w kierunku Wieńca przez Kruchowo, Ignalin i Przyjmę. Jezioro Wienieckie jak zwykle prezentowało się wybornie...


I tradycyjnie w tym miejscu selfie...


Dalej pojechaliśmy przez Czarne Olendry mijając po drodze tor off-road'owy. W sumie fajny tor do treningów MTB na podjazdy i zjazdy. Szkoda, że ogrodzony...


Kolejne mijane miejscowości to Parlin, Dąbrowa, Słaboszewo i Szeroki Kamień. Tam już całkiem okazale na horyzoncie prezentowała się piechcińska hałda...


Mieliśmy też przyjemność spotkać sympatyczne kozy...


W samym Piechcinie najpierw zajrzeliśmy nad zalany kamieniołom...


Karol zażył kąpieli, my z Kacprem się posililiśmy, a następnie pojechaliśmy zobaczyć wielką dziurę...


Skala wykopaliska jest ogromna, a czystą przyjemnością byłoby pojeździć tą ścieżką na dole...


O panoramę, aż się prosiło w tym miejscu...


Z Piechcina przez Bielawy i Krotoszyn pojechaliśmy do Barcina. Tam zajrzeliśmy pod ratusz i położony w sąsiedztwie Rynek...


Przed wyjazdem jeszcze rzut oka na rzekę Noteć i wieżę kościoła pw. św. Jakuba Większego...


Z Barcina kierowaliśmy się w stronę Trzemeszna jadąc początkowo przez Wolice i Wójcin. W Wolicach czekał na nas całkiem spory podjazd. Tutaj Karol w jego finalnej części...


Dalej pomknęliśmy do Annowa, gdzie wykręciliśmy w las celem dostania się na lądowisko leśne. Niestety jedyne co było nam dane zobaczyć, to ogrodzenie i mieszczącą się tam tablicę informacyjną...


Troszkę poszperałem w necie i trafiłem na zdjęcie z lotu tego lądowiska. Prezentuje się całkiem, całkiem...

Fotografia pochodzi ze strony lotniska.dlapilota.pl. O samym lądowisku w Annowie można dowiedzieć się nieco więcej właśnie na portalu dlapilota.pl.

Kolejne miejscowości na naszej trasie to Rozalinowo, Laski Wielkie i Chomiąża Szlachecka. Plan był taki, aby jechać prosto w stronę Trzemeszna, ale że Karol został nieco z tyłu (później okazało się, że zajrzał do dewastowanego środka w Gąsawce), to razem z Kacprem wjechaliśmy na ścieżkę przyrodniczą "Dolina Rzeki Gąsawki"...


Karola złapaliśmy odpoczywającego na plaży w Gołąbkach. Też na moment się zatrzymaliśmy i obserwowaliśmy słońce, które powoli chowało się za drzewami okalającymi jezioro Przedwieśnia...


Z Gołąbek kierowaliśmy się już bezpośrednio na Trzemeszno jadąc przez Grabowo, Kruchowo i Niewolno. Wyszedł nam tego środowego popołudnia/wieczoru bardzo przyjemny trip i każdy był z tego bardzo zadowolony. Oby takich więcej!!!



  • DST 33.35km
  • Teren 5.00km
  • Czas 01:20
  • VAVG 25.01km/h
  • VMAX 46.20km/h
  • Kalorie 1257kcal
  • Podjazdy 67m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mikorzyn 2017 [3/3] - Kanał Ślesiński, Pątnów

Wtorek, 6 czerwca 2017 · dodano: 10.06.2017 | Komentarze 1

Trzeci, ostatni dzień służbowego pobytu w Mikorzynie. Rano na spokojnie śniadanko, a następnie krótka rundka po okolicach, tak jak miałem wcześniej zaplanowane. Pogoda znowu nie napawała optymizmem, ale też od rana nie padało. Opady miały nadejść w granicach godziny 10, więc o 8:30 ruszyłem przed siebie. Celem było objechanie Kanału Ślesińskiego między Ślesinem, a Pątnowem...


Jadąc wzdłuż kanału niewiele było widać. Wszystko zarośnięte albo zasłonięte przez prywatne posesje. Za to w miejscowości Wąsosze mym oczom ukazał się widok na bazylikę w pobliskim Licheniu...


W Honoratce przejeżdżałem w miejscu, gdzie Kanał Ślesiński łączy się z jeziorem Pątnowskim...


Kilka kolejnych minut jazdy i przeciąłem DK 25, kierując się na Władysławów. Tam wbiłem się na przyjemną drogę szutrową, skąd rozciągała się efektowna panorama na elektrownię na Pątnowie...


Jadąc sobie wspomnianym szutrem przeciąłem tory kolejowe, a za chwilę pędził nimi skład z towarowymi wagonikami na załadunek węgla...


Dalej przejazd w sąsiedztwie elektrowni i powrót podobnym odcinkiem jak z niedzielę przez Kamienicę, Sławęcinek i Lubomyśle. Ostatnie 4-5 km już w deszczu, który z każdą minutą się nasilał. Udało się jednak wrócić nie przemaczając butów :-) W ten oto sposób zakończyłem tegoroczny, trzydniowy pobyt w Mikorzynie. Optymistyczna wersja zakładała trochę więcej kilometrów z uwagi na dojazd i powrót rowerem, jednak przez dynamicznie zmieniającą się pogodę trzeba było skorzystać z transportu samochodowego. Mimo wszystko wyszło i tak przyzwoicie. Kolejna wizyta w Mikorzynie pewnie za rok :-)
Kategoria Ciekawe wyprawy


  • DST 106.99km
  • Teren 15.00km
  • Czas 04:07
  • VAVG 25.99km/h
  • VMAX 49.89km/h
  • Kalorie 4170kcal
  • Podjazdy 240m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mikorzyn 2017 [2/3] - Ślesin, Kramsk, wieża w Paprotni, NSR, Konin

Poniedziałek, 5 czerwca 2017 · dodano: 09.06.2017 | Komentarze 3

Na poniedziałek miałem zaplanowanego konkretniejszego tripa. Byłem jednak ograniczony mocno czasowo, gdyż w pierwszej kolejności był to wyjazd służbowy. Aby zrealizować cel trzeba było wstać wczesnym rankiem, zanim jeszcze zaczęto podawać śniadanie w ośrodku. Wszamałem to co przywiozłem ze sobą i ruszyłem w drogę. Pogoda zgoła odmienna od tej niedzielnej - przyjemne słońce i bezchmurne niebo, co zwiastowało udany wypad. Na pierwszy ogień poszedł Ślesin. Zajrzałem, więc na tamtejszy Rynek...


Następnie skierowałem się na DW 263 przejeżdżając pod Łukiem Napoleona...


Po chwili byłem nad jeziorem Ślesińskim...


Zlokalizowana jest tam marina, w której cumują motorówki i małe jachty...


Po drugiej stronie mieści się przyjemny skwer...


Dalsza jazda to kilka kilometrów asfaltówki DW 263 i dojazd do miejscowości Ignacewo. Tam opuściłem drogę wojewódzką, wjeżdżając w przyjemne ścieżki. Trochę asfaltu, trochę terenu, ale wokół piękny las...


Z przyjemnych terenów ponownie wjechałem na DW 263, ale tylko na moment i kierowałem się w stronę miejscowości Police. Po mojej prawej stronie ukazał się teren niczym na jakimś pogórzu...


W miejscowości Police działa KWB Konin. Nawet nie przypuszczałem, że w tym kierunku też mają swoje tereny...


Następnie pojechałem do Kramska. Tam moją uwagę zwrócił kościół pw św. Stanisława Biskupa Męczennika, który położony jest w przyjemnej i zadbanej okolicy...


Z Kramska zmierzałem w kierunku rzeki Warta, po drodze przejeżdżając nad trasą kolejową Poznań - Konin - Warszawa...


Kilka kolejnych kilometrów i dotarłem do przeprawy promowej na Warcie w okolicy miejscowości Ksawerów. Zdziwił mnie opuszczony szlaban. Mimo to podjechałem pod prom, a tam koleś poinformował mnie, że przeprawa jest nieczynna z uwagi na awarię. W tym momencie wiedziałem, że moje plany się nieco skomplikowały. Nie mając pojęcia gdzie jechać dalej, zapytałem o najbliższą przeprawę. Pan obsługujący prom poinformował mnie, że muszę pojechać wałem przeciwpowodziowym jakieś 5-6 km w stronę Koła i tam mieści się kolejny prom. Nie widząc innego wyjścia uczyniłem tak, a nie inaczej...


Wiedziałem też, że mój kilometraż się zwiększy, a czas miałem ograniczony. Po kilku minutach dotarłem do przeprawy promowej w rejonie miejscowości Waki. Tu już bez przeszkód dostałem się na drugi brzeg rzeki...


Następnie przez miejscowości Tury i Krzymów dotarłem do głównego celu - wieży widokowej w Paprotni...


Podjechałem pod wieżę, zaparkowałem rower i udałem się na górę. A tam oczywiście przyjemne widoki. Spojrzenie w kierunku Lichenia...


W oddali Konin i elektrownia na Pątnowie...


Pobliskie tereny z torem off road'owym...


I na koniec selfie...


Z Paprotni planowałem przy dobrym czasie pomknąć jeszcze na Złotą Górę, ale z uwagi na komplikacje przy przeprawie promowej zmuszony byłem odpuścić. Swoje dwa kółka skierowałem na NSR, a następnie ponownie w stronę Warty, gdzie w rejonie miejscowości Ładorudz czekała mnie kolejna przeprawa promowa. I tutaj znów w łeb wziął mój plan. Prom był, ale na brzegu...


Zero żywej duszy, żadnej informacji o braku możliwości przeprawy, taka sobie samowolka. Zmuszony byłem zawrócić i kolejny raz zmienić trasę. Z racji tego, że do Konina było całkiem blisko podjąłem decyzję o jeździe wałem przeciwpowodziowym do samego miasta. Tak czyniąc dotarłem na staromiejskie bulwary...


Przeprawiłem się przez Konin i zmierzałem w kierunku Mikorzyna. Czasu jeszcze troszkę miałem, a widząc że do stówki brakuje niewiele pojechałem nieco na okrętkę przez Wieruszew i Władzimirów. Tym sposobem zamiast planowanych osiemdziesięciu kilometrów pyknęła ponad stówka :-) Do Mikorzyna dotarłem kilkanaście minut przed planowanym zebraniem służbowym. Wziąłem szybki prysznic, ogarnąłem się i dalszą część dnia spędziłem służbowo. Ta poranna, rowerowa była bardzo udana. W pięknej pogodzie udało mi się zobaczyć kilka ciekawych miejsc, jednych już znanych, innych do tej pory nie. Takich tripów, oby było jeszcze więcej ;-)


  • DST 55.74km
  • Teren 21.00km
  • Czas 02:25
  • VAVG 23.06km/h
  • VMAX 40.96km/h
  • Kalorie 2060kcal
  • Podjazdy 262m
  • Sprzęt Giant Revel 29er
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mikorzyn 2017 [1/3] - Pure MTB w Puszczy Bieniszewskiej

Niedziela, 4 czerwca 2017 · dodano: 07.06.2017 | Komentarze 3

Tradycyjnie co roku przypadł mi wyjazd służbowy. Kolejny raz padło na Mikorzyn. Zamierzałem dotrzeć tam rowerem, jednak prawdopodobieństwo burz w niedzielne popołudnie było na tyle duże, że musiałem odpuścić. Nie oznaczało to jednak wolnego od roweru. Sprzęt zapakowałem razem z bagażem na pakę i udałem się samochodem do Mikorzyna. Na miejscu oceniłem sytuację i postanowiłem zaryzykować wskakując na rower. Miałem nakreślony plan awaryjny na wypadek dojazdu samochodem w postaci tripa do Puszczy Bieniszewskiej. W samej puszczy chciałem zobaczyć tamtejszy klasztor oraz niewielkie jezioro o nazwie, która mnie zaintygrowała - Jezioro Wściekłe. Ruszyłem z ośrodka w Mikorzynie jadąc przez Gosławice, zaglądając oczywiście nad jezioro Gosławskie z elektrownią na Pątnowie w tle...


Po chwili mijałem ciekawy budynek tamtejszej OSP...


Ujechałem kolejne trzy kilometry i dopadła mnie... burza!!! Rozpadało się na dobre, wiatrzysko szalało, a do tego raz po raz trzaskało piorunami. Może i trochę nierozsądnie, ale jedynym schronem przed ulewnym deszczem było schowanie się pod drzewami. Epicentrum z piorunami było nieco dalej, więc wyszedłem z założenia, że piorun mnie nie trafi...


Prędzej to, by mnie chyba trafił szlag, bo padać nie przestawało. Spędziłem pod drzewem blisko godzinę i byłem bliski rezygnacji z dalszej jazdy. Na szczęście deszcz w końcu ustąpił i mogłem ruszać dalej. Przeciąłem DW 264 i dalej mknąłem terenem trafiając na uprawę facelii błękitnej. Chociaż trochę koloru w to ponure popołudnie...


Kilka kolejnych chwil i byłem u skraju Puszczy Bieniszewskiej...


Z początku jechało się bardzo przyjemnie, ale im głębiej w las, tym było bardziej grząsko i nierówno. Widać było gołym okiem, że rzadko kiedy ktoś tu zagląda. Las był gęsty, było dosyć ciemno, jedynie miejscami były małe prześwity, w które docierała większa ilość dziennego światła...


Jechałem zgodnie z wyrysowanym śladem, a na drodze pojawiało się coraz więcej przeszkód. Co chwila obalone drzewa, droga już dawno przestała przypominać leśny dukt, ale to jeszcze nie było wszystko...


Pokonałem kilkadziesiąt kolejnych metrów i droga stała się całkowicie nieprzejezdna. Obalonych kilka drzew, sterta gałęzi, krzaków i trzeba było wykonać odwrót. Próbowałem obczaić jeszcze jakąś przeprawę bokiem, ale zarośla były gęste, teren podmokły, więc nie tędy droga. Wróciłem do miejsca, gdzie przecinały się drogi i zacząłem kombinować. Wiedziałem, że do klasztoru już nie dotrę, ale do jeziora jakoś trzeba było. Próbowałem trzymać się jak najbliżej wyrysowanego śladu i w końcu trafiłem na ścieżkę, którą wróciłem na wyrysowany szlak. I tu ponownie porażka. Byłem już nieopodal jeziora i na przeszkodzie ponownie stanęły poobalane drzewa. Uświadomiłem sobie, że gdyby nie nawigacja zginąłbym kompletnie w tym gęstym lesie. W międzyczasie rozpadało się kolejny raz, więc nie było sensu na siłę kombinować, tym bardziej że byłem już nieźle ubrudzony. Pomknąłem dalej nieco bardziej komfortowymi ścieżkami opuszczając tereny puszczy w rejonie miejscowości Rosocha. Kolejnym celem było pobliskie jezioro Głodowskie, ale nie ujęło mnie ono niczym szczególnym...


Następnie udałem się w kierunku Kazimierza Biskupiego, nad którym znowu zaczęły straszyć ciemne chmury...


Na szczęście tylko postraszyły, więc pomknąłem przez Kamienicę w rejon Sławęcina obadać duży zbiornik wodny. Po drodze oczywiście musiałem trafić na wyboisty odcinek o glinianym podłożu, co przy wcześniejszych opadach, doprowadziło mnie i rower do totalnego zgojenia. Do wspomnianego zbiornika wodnego doprowadziła mnie świetna droga...


Sam zbiornik jest całkiem okazały i aż szkoda, że niebo tego dnia nie było błękitne. Za zbiornikiem, w tle można dostrzec bazylikę w Licheniu...


Był to końcowy fragment tego tripa. Dalej przez Lubomyśle dotarłem do ośrodka w Mikorzynie, gdzie przez kolejną godzinę doprowadzałem do ładu rower i siebie. Trip mimo pogodowych przeciwności był całkiem udany. Szkoda tylko, że nie udało się dotrzeć do obranych celów w Puszczy Bieniszewskiej, ale jest to przynajmniej argument, by tam wrócić i obrać ścieżki od drugiej strony ;-)
Kategoria Ciekawe wyprawy